Sto zabobonów – tolerancja

TOLERANCJA. Tyle co znoszenie. Nazywamy “tolerancyjnym” człowieka, który toleruje, to jest znosi innych, ich poglądy, ich sposób życia itp. Tolerancja jest wypróbowanym sposobem współżycia w łonie tego samego społeczeństwa różnych grup ludzi, różniących się pod względem światopoglądu*, względnie zasadniczych tez politycznych. W tej dziedzinie tolerancja jest pożyteczną dyrektywą ustrojową. Ale z tą tolerancją związanych jest kilka zabobonów.
Jeden z nich polega na pojmowaniu tolerancji jako reguły bezwzględnej, od której nie ma wyjątków. Wtedy rozumie się przez tolerancję także znoszenie kogoś, kto obraża innych, ich uczucia itp. Skądinąd niektórzy pojmują tolerancję tak szeroko, że żądają znoszenia nawet tych, którzy chcą siłą obalić tolerancyjny ustrój. Mamy wtedy do czynienia z dwoma zabobonami: żadna tolerancja nie uprawnia nikogo do obrażania innych, a tolerancja, która toleruje swoich własnych wrogów, nie może się ostać. Stąd niektóre konstytucje, np. konstytucja Republiki Federalnej Niemiec, zawierają przepis pozwalający rządowi zabronić działalności partii, której zasady i praktyka są sprzeczne z tolerancyjnymi zasadami tejże konstytucji. Na tej podstawie, po otrzymaniu wyroku trybunału konstytucyjnego, zabroniono w Niemczech zarówno partii neonazistowskiej jak i komunistycznej.
Inny, znacznie groźniejszy zabobon, to przenoszenie tolerancji z dziedziny światopoglądu do nauki*. Co prawda i w nauce pewna tolerancja jest w zasadzie pożyteczna, bo pozwala na rozwijanie nowych myśli, ale ta tolerancja ma granice. Wprawdzie nie w tym znaczeniu, by zabraniano ludziom bronić poglądów oczywiście fałszywych, względnie sprzecznych ze stanem nauki, ale w tym, że odmawia im się subwencji itp. Oto przykład: gdyby ktoś chciał bronić dzisiaj teorii Pto-lemeusza (według której Słońce obraca się wokoło Ziemi), nikt by mu tego w krajach tolerancyjnych nie zabronił, ale wątpić należy, czy znalazłby instytut astronomiczny, gdzie pozwolono by mu wykładać to głupstwo, a tym mniej fundusz naukowy, który finansowałby jego “badania”. Powodem przenoszenia tolerancji ze światopoglądu do nauki jest zazwyczaj sceptycyzm*.
Patrz: demokracja, nauka, relatywizm, sceptycyzm, wolność.
Sto zabobonow JM Bochenski

Reklamy

remedium …

Potędze zła, które panoszy się w świecie i w twoim życiu przeciwstawiaj potęgę modlitwy, postu i pokuty. I wiedz, że po stronie dobra jest Bóg, Który wspiera dobro w tobie posyłając ci ustawicznie Ducha Świętego.

warto przeczytać …

Czemu kilkudziesięciomilionowego kraju nie stać na więcej niż parę mikroskopijnych odcinków autostrad? Bo władza nie ma pieniędzy. Nie ma na drogi, na służbę zdrowia, na rozwój nauki, na renty, na zasiłki, na godziwe pensje dla maluczkich — na wszystko (ma tylko na sowite emerytury dla dawnej „nomenklatury” i dla komunistycznych oprawców — esbeków, politruków, wszelakich „mundurowych” — tu forsa leje się strumieniem, ci nie płaczą). Cóż, wpływy do budżetu są zbyt małe! — mówi władza (każda władza w ciągu minionego piętnastolecia). Fakt, są zbyt małe. Ale prawda jest taka, że byłyby wręcz „zbyt duże” (jakkolwiek bulwersujące czy cudacko to brzmi), gdyby notorycznie nie tracono miliardów.

Przyczyn idiotycznego bądź łajdackiego tracenia przez państwo polskie miliardów złotych można wskazać mnóstwo, lecz trzy główne to absurdalnie rozbuchany moloch etatowo-dietowy prominentów (od kancelarii premiera do rad samorządowych), prywatyzacja i aferyzacja. Pierwszy grzech główny z wyżej wzmiankowanych: mamy szesnaście województw, gdy starczyłoby kilka; mamy horrendalną (zupełnie bezsensowną) liczbę powiatów; mamy przeogromny Sejm i duży Senat (odchudzenie każdego o co najmniej 50% radykalnie poprawiłoby ich funkcjonalność); mamy zbyt liczne i zbyt komórkowe (czytaj: etatowo) rozdęte ministerstwa, pełne multiplikujących się „gabinetów”‚, mamy dziesiątki państwowych Agencji, Funduszy, Rad oraz innych, równie niepotrzebnych instytucji, które bez żadnego pożytku dla ludzi ssą wielkie pieniądze. Cały ten monstrualny system parlamentarnej i administracyjnej biurokracji, w której wszędzie funkcje i etaty się dublują (exemplum Rada Polityki Pieniężnej, struktury wojewódzkie, itd.), jest synekurowo-farmazońską maszynką do połykania bajońskich pieniędzy, które zamiast wzmacniać państwo i ułatwiać życie społeczeństwu — utrzymują tylko (i to utrzymują luksusowo) nieprzebrane rzesze „znajomych królika”. Wszystkie te sowite (eufemizm, gdyż bardzo często: arcylukratywne) płace, premie, nagrody, odprawy, diety, rekompensaty, „zwroty kosztów”, etc., etc., etc. — to kolosalna studnia bez dna, permanentnie masakrująca budżet. Sekundują temu rytualne wręcz procedury tracenia olbrzymich sum w ramach prywatyzacji i aferyzacji …

Waldemar Łysiak, RZECZPOSPOLITA KŁAMCÓW – SALON