Refleksje o wierze, kulturze i Europie

Europa jest kolebką chrześcijaństwa i Kościoła, jest Jego centrum, Afryka – kontynent wymagający ewangelizacji, nowy grunt pod zasiew Słowa Bożego. Czy możliwe jest dokonanie jakiegoś porównania Europy i Afryki, zestawienie wartości, które te dwa kontynenty prezentują?

Porównanie w jakimś sensie jest oczywiście możliwe. Chociaż takie porównania muszą być przeprowadzane raczej ostrożnie. Zazwyczaj myśli się o bogactwie Europy i biedzie Afryki. Mówi się o cywilizacyjnie rozwiniętej Europie i zacofanej Afryce. A przecież nie jest tak, że to tylko Europa ma coś do dania, do zaoferowania, a Afryka jedynie do wzięcia, do skorzystania. A poza tym, kiedy mówimy o tym dawaniu, to warto też wiedzieć co tak naprawdę i jak ta Europa Afryce daje. Dla przykładu: w 2004 roku bogate kraje zachodu (Europy) przekazały dla biednych krajów afrykańskich 53 miliardy dolarów w ramach pomocy. W tym samym 2004 roku biedne kraje afrykańskie zapłaciły bogatym krajom zachodu 398 miliardów dolarów, a więc prawie 8 razy tyle w ramach spłaty długów. Tak daje i tak dzieli się swoim bogactwem Europa. To też warto wiedzieć

Jak ocenia Ksiądz Europę w świetle bogactwa duchowego i jak w tym świetle jawi się Afryka?
Europejczykiem jestem, stąd pochodzę i tu bywam, a w Afryce pracuję od 15 lat i mam możliwość widzenia np. kościoła i katolicyzmu na obydwu kontynentach z obu perspektyw. I myślę tak: sytuacja kościoła, czy sytuacja wiary w Europie- użyję tego słowa świadomie- jest tragiczna, szczególnie w zachodniej części Europy: we Francji, w Anglii, w krajach Beneluxu, czy nawet w Niemczech, w niektórych landach. Jest tragiczna i mówią o tym sami ludzie tego kościoła. Np. Kard. Danneels z Belgii mówi wprost o „kryzysie wiary i katolicyzmu” spowodowanym pełną pychy i zarozumiałości samowystarczalnością. Zresztą mówi o tym też papież Jan Paweł II w swej ostatniej książce, wydanej 2 lata temu, zatytułowanej „Pamięć i tożsamość”. Idąc za tymi dwoma wypowiedziami, a zwłaszcza tą papieską, trzeba powiedzieć, że Europa przeżywa chorobę Alzheimera, czyli zapomina o swoich korzeniach, a tym samym traci tożsamość. Europa i Europejczycy nie wiedzą już kim są. Jest to widoczne zarówno w życiu społecznym i politycznym, jak i religijnym i moralnym. Najbardziej jest to widoczne we Francji, gdzie papież Jan Paweł II w 1981 r. w czasie swej pierwszej pielgrzymki do tego kraju zadał pytanie: „Francjo, najstarsza córko Kościoła, co zrobiłaś ze swoim chrztem?” Ta sama Francja szczyci się obecnie tym, że drugą po katolicyzmie religią we Francji jest islam. Jest to ta Francja, w której jest coraz więcej muzułmanów, która wprowadza drakońskie zasady laicyzacji, gdzie religię spycha się wprost do zakrystii kościoła, gdzie odbyła się słynna akcja przeciw czadorom, noszonym przez islamskie kobiety, ale i przeciw –jak oni to nazwali- „ostentacyjnym symbolom religijnym”. Znam taki przypadek, gdy siostra zakonna pojawiła się w szkole w zakonnym welonie i musiała zapłacić 40 Euro kary za „widoczne” znaki religijne. Europa przeżywa więc kryzys wywołany pychą połączoną z przekonaniem o samowystarczalności. Człowiek współczesny zauroczony możliwościami technicznymi i technologicznymi coraz bardziej wierzy, że Pan Bóg jest mu do niczego niepotrzebny. Pana Boga widzi się jako, taką sobie odległą rzeczywistość, którą należy brać pod uwagę ewentualnie na starość lub w obliczu kataklizmów, jak np. tsunami w Indonezji.

Jednym słowem można powiedzieć Europa się poganizuje. W wielu krajach współczesnej Europy wracają oficjalnie kulty pogańskie, jak np. w Danii i Niemczech kult Odyna, czy chociażby w Polsce kult Światowida. Czytałem ostatnio, że w Warszawie zgłoszono oficjalną prośbę o rejestrację związku wyznaniowego Światowida. Z perspektywy np. Komorów zaś, gdzie pracuję widać bardzo tę chorobę Europy. Na Komorach mówi się wprost, że narody, które zapomniały o Bogu nie mają prawa istnieć, skazane są na zagładę i wymarcie. Muzułmanie stwierdzają, „my nawrócimy Europę, my musimy jej przypomnieć o Bogu, o którym ona zapomniała, którego lekceważy”.

Ale troska, aby Europie przypomnieć o chrześcijańskich korzeniach pojawia się również w pontyfikacie obecnego papieża Benedykta XVI, który mówi, że Europa będzie chrześcijańska, albo w ogóle zatraci swoją egzystencję, również na poziomie biologicznym, jak to się dzieje w Belgii, Holandii i Hiszpanii, gdzie wprowadza się (i uznaje za coś demokratycznego i postępowego) aborcję, eutanazję, gdzie legalizuje związki homoseksualne, z których w naturalny sposób nie narodzą się przecież dzieci. Prowadzi to wprost do biologicznej zagłady. Coraz mniej rodzi się dzieci, kraje się wyludniają, narody wymierają. W żadnym europejskim kraju; łącznie z Polską nie ma dodatniego przyrostu naturalnego. Z jednej strony ośmiesza się i obrzydza rodzinę, z drugiej promuje się prawne środki do eksterminacji rodziny- jak mówi Papież w swej książce „Pamięć i tożsamość”: „ … jest to eksterminacja zadecydowana przez demokratycznie wybrane parlamenty i postulowana w imię cywilizacyjnego postępu społeczeństw i całej ludzkości. (…) trzeba się zapytać, czy tu nie działa jakaś inna jeszcze „ideologia zła”, usiłująca wykorzystać nawet prawa człowieka przeciwko człowiekowi?”

Schodzimy do poziomu absolutnego relatywizmu moralnego, etycznego, socjologicznego i kulturowego; wszystko jest względne, wszystko jest dopuszczalne, nie ma żadnych wartości, które są niewzruszone. Utrudnione, a nawet wprost niemożliwe jest formowanie młodego pokolenia, które ulega degradacji, bo jak można przekazywać wartości, których się nie posiada, skoro wszystko jest względne i zależy od punktu widzenia? Bogactwo, w które my Europejczycy obrastamy prowadzi do przekonania o samodzielności, a w ostateczności do pychy. A jednocześnie ludzie bogaci zamykają się, odcinają od innych, chronią i bronią swego bogactwa. Kiedyś wierząca szlachta i magnateria tworzyła chrześcijańską kulturę, kościoły, obrazy, katedry, rzeźby ofiarowała ją społeczeństwu, dziś to bogactwo (nowej magnaterii) izoluje się, zamyka za kolczastymi drutami i za murami. Kultura staje się już nie tylko coraz bardziej elitarna, ale wprost udziwniona i szokująca, bo o to właśnie chodzi. I jest to kultura coraz bardziej pogańska, nastawiona i grająca na najbardziej zwierzęcych instynktach. Europa naprawdę traci pamięć o swoich korzeniach, a co za tym idzie i swoją tożsamość. Być może technologicznie staje się coraz bardziej rozwinięta, ale socjologicznie i kulturowo, moralnie i etycznie coraz bardziej dzika i zacofana. Kiedy patrzy się na Europę z perspektywy innego kontynentu widzi się te destrukcyjne trendy, które niszczą katolicyzm i kulturę chrześcijańską, ale nie tylko chrześcijańską- każdą kulturę. Coraz mniej ludzi w kościołach, coraz mniej ślubów, coraz więcej związków „na próbę”, odejścia od chrześcijaństwa do „środków zastępczych”, do innych „egzaltowanych” religii. Coraz więcej np. Francuzów, przechodzi na islam, Coraz więcej Europejczyków zwraca się ku dalekowschodnim sektom. Człowiek nie cierpi duchowej pustki. Jeśli Europa wyruguje swą rdzenną religię, to musi ją czymś zastąpić. Człowiek nie może być niewierzący. Zobrzydzono mu Boga, który stawia pewne wymagania moralne, a jednocześnie podsuwane są zastępniki w rodzaju jak Hare Kryszna. A swoją drogą to ciekawe, kto wie, że nazwa ta znaczy „Niszczyciel Wszechatrakcyjny”? A kto jest owym Atrakcyjnym Niszczycielem, jak nie Szatan, przeciwnik Boga?

Inna rzecz, że islam również stawia wysokie wymagania. Jest to np. modlitwa siedem razy w ciągu dnia: pierwsza o 4:30. rano. I ludzie się ku temu garną. Ale obce jest zawsze bardziej pociągające. Jest to dziwne i przerażające; białe kobiety wkładają czador i pozwalają się traktować jak niewolnice. Młodzi ludzie, którzy buntują się przeciwko przykazaniom, jednocześnie pozwalają się bałamucić wymagającymi praktykami Za-Zen, buddyzmu czy ruchu Hare Kryszna. To jest dziwne i niezrozumiałe.

Polska jest wprawdzie jeszcze w większości, tradycyjnie katolicka. Utratę tożsamości widać już jednak u tych, którzy wspięli się na pewien stopień zamożności. To widać i u jednostek, i w szerszym, cywilizacyjnym kontekście. Wraz z pomnażaniem bogactwa materialnego cywilizacje stają się nasycone materialnie. Ten dobrobyt i nasycenie, a w końcu i przesycenie prowadzi w naturalny sposób do obumierania, do agonii tak jednostek, jak i cywilizacji. W ten sposób obumarła cywilizacja egipska, mezopotamska, rzymska, grecka, czy przedkolumbijskie cywilizacje amerykańskie. Jest to i u nas coraz szybsze i coraz bardziej widoczne. Człowiek, który się dorabia jest dynamiczny, obrotny, rzutki. Kiedy się dorobi, staje się leniwy, skoncentrowany na strzeżeniu i obronie zgromadzonego bogactwa. Zaczyna zachłannie strzec tego, co zdobył. Przestaje się intelektualnie rozwijać, wchodzi w stan stagnacji i destrukcji. Jest to widoczne również na przykładzie rodziny czy większych jednostek społecznych. Najbogatsze społeczeństwa żyją dostatnio i zamożnie, a jednocześnie mają największy odsetek samobójstw (jak np. społeczeństwa Szwajcarii czy bogatej Japonii), czyli… depresja staje się –niejako- naturalnym następstwem przesycenia. Szuka się coraz mocniejszych wrażeń, ekscytujących sytuacji. Nie wystarcza już film, sport, seks, gonienie po sklepach i bezsensowne kupowanie pod presją terroru reklamy. Ludzie dla podniesienia adrenaliny szukają coraz bardziej perwersyjnych wrażeń, wyżycia np. w sportach ekstremalnych– bo znudziło ich normalne życie. A ostatecznie, absolutnie znudzeni i sfrustrowani popełniają samobójstwa.

To jest paradoksalne, że kiedy w jednej części globu np. w Afryce, dobrzy katolicy umierają z głodu, w innej części tegoż samego świata dobrzy katolicy umierają z przejedzenia. Rzeczywistość Afryki jest taka, że np. w Zairze większość rodzin żyje w ogromnej biedzie, że rodzina dwunastoosobowa dzieli się na trzy grupy: pierwsza je w poniedziałek, druga we wtorek, trzecia we środę. Nie wiedzą o tym dzieci w naszych podstawówkach, gimnazjach i szkołach średnich. Nikt im o tym nie mówi. Gdy ja o tym opowiadam- robią wielkie oczy. Nie trzeba aż tak daleko szukać. Są u nas takie fakty: w niektórych rodzinach jednych stać na wczasy na Majorce i narty w Alpach, ale w tej samej rodzinie u brata czy siostry, dzieci nie mają śniadania i butów zimowych. Trzeba ludzi uczulać na potrzeby innych, uświadamiać, że ci, którzy nastawili się na szaleńcze bogacenie się kroczą ku przepaści, że droga ta doprowadzi do przesytu, do depresji, a w końcu do autodestrukcji. Ludzie nie chcą myśleć, że ktoś mógłby pomniejszyć ich zasoby, nie chcą się dzielić, obrastają w dobra i wypełnia ich egoistyczna mentalność snobów i sobków.

A przecież podstawowa zasada moralna mówi: więcej radości jest w dawaniu aniżeli w braniu, dziel się tym, co masz, dawaj, nie oczekując wdzięczności, rezygnuj ze zbędnego, kretyńskiego „obkupowania się” w supermarketach jedynie dla przyjemności kupowania. A jednocześnie działa zaprogramowana, przewrotna machina, złudna wiara, że szczęście można osiągnąć, mając większe możliwości nabywcze. A to przecież nieprawda!

Powróćmy do Afryki: tu ludzie cieszą się z przeżycia każdego dnia, z każdej kropli deszczu, z uprawianej ziemi rodzącej maniok i kukurydzę. Nie nawołuję do cofnięcia się wstecz w technologicznym postępie, ale do refleksji; czy ten nasz technologiczny postęp, z którego jesteśmy tacy dumni, prowadzi nas naprawdę w dobrym kierunku? Czy nie zapomnieliśmy o czymś znacznie ważniejszym? A przecież i Afrykańczycy też są wplątywani w spiralę chęci posiadania. Biały człowiek przywozi np. komputery, samochody, telewizory i cały ten technologiczny balast. I oni, Afrykańczycy też, zrobią wszystko, żeby taki komputer, samochód, telewizor zdobyć. I już są nieszczęśliwi nie mogąc ich tak łatwo zdobyć. W buszu jednak ludzie są o wiele szczęśliwsi, nie muszą się martwić o ochronę tego, co posiadają, nie są bombardowani ideologią posiadania, filozofią gromadzenia, paranoją zdobywania, są bardziej uzależnieni od Boga, od przyrody, ich życie jest bliższe natury, jest spokojniejsze – nie jest ważny stan konta, ale to kim się jest, relacje międzyludzkie. I w takim klimacie Kościół ma zupełnie inne znaczenie, inaczej, lepiej się rozwija. Wiara trafia na bardzo podatny grunt. Myślę nawet, że Europejczycy mogliby się właśnie tej prostoty, a zarazem głębi i bezpośredniości wiary i zwykłych kontaktów międzyludzkich, od Afrykańczyków nauczyć. Afryka ma mniej materialnie, ale psychologicznie, duchowo jest chyba bogatsza. Europa ma o wiele więcej materialnie, ale psychologicznie rzecz ujmując- jest bardzo nieszczęśliwa. Więcej mieć, nie znaczy wcale bardziej, czy lepiej być. Musimy pamiętać o naszych korzeniach, abyśmy nie stali się nijacy, ale też abyśmy nie ulegli presji posiadania, presji gromadzenia, a w ostateczności autodestrukcji spowodowanej przesytem. Nasze, europejskie „mieć” przygniotło nas i spowodowało: z jednej strony ból głowy i przejedzenie, a z drugiej strony właśnie chorobę Alzheimera, utratę pamięci, a co za tym idzie i utratę tożsamości. My już nie wiemy kim jesteśmy, zalani dobrobytem i przygniecieni pychą tracimy duszę. I proszę zauważyć – stale narzekamy, utyskujemy, biadolimy. Nasze bogactwo i potrzeba pomnażania tego bogactwa stają się coraz bardziej, przysłowiowym kamieniem uwiązanym u nogi orła. Nie pozwalają nam wzlecieć, więżą nas przy ziemi.

A jak Afrykańczycy widzą Europę?
Przede wszystkim jako bogatą materialnie, a jednocześnie jako bardzo egoistyczną i zapatrzoną w siebie. Przykład podany na początku jest tylko szczytem góry lodowej. Inny wstrząsający przykład to: fakt, że dla zapewnienia 2 miliardom ludzi w krajach ubogich dostępu do bieżącej wody potrzeba jest około 7 miliardów dolarów. Jest to znacznie mniej niż Europejczycy rocznie wydają na perfumy, czy też amerykańskie kobiety na operacje plastyczne piersi. A jednocześnie warto wiedzieć, że te 7 miliardów dolarów uratowałoby codziennie około 4 tysięcy ludzi przed śmiercią…

Od białego człowieka oczekuje się jedynie dóbr materialnych i to jest czasami tragiczne. Ja za pieniądze, które otrzymuję czasami w Polsce (w szkołach), płacę szkołę afrykańskim dzieciom zwłaszcza sierotom, dziewczynkom, które mają mniejszą siłę przebicia, mniejsze możliwości uczenia się. Ludzie miejscowi wolą, by proboszczem był biały misjonarz, bo on ma zaplecze materialne. Natomiast czarny ma niewiele, nie może dawać. Jednocześnie biali są postrzegani jako byli kolonizatorzy, zawsze od nich o wiele bogatsi. Biali politycy chcą dać Afryce tylko tyle, żeby było na jedzenie i trochę rozrywek, aby się nie zbuntowali i nie wkroczyli do Europy. Afryka jest traktowana jak skansen, w którym zachowało się kilka rezerwatów, jak np. największy park narodowy Afryki- Serengetti w Tanzanii, czy Park Krugera w Afryce Płd., w których można podziwiać egzotyczne zwierzęta i ludzi żyjących w prymitywnych warunkach, gdzie zachodni turyści przylatują na egzotyczne safari. A więc Afrykańczyk widzi białego jako „muzungu” – egoistycznego „białasa”, z którego należy wyciągnąć, ile się da. Biały ze swoim materialnych i technologicznym bogactwem rozwija w sobie –w sposób nawet nieuświadomiony- kompleks wyższości. Afrykańczyk z kolei, widząc i odczuwając ten kompleks wyższości i lekceważenia rozwija w sobie kompleks niższości. A co jest naturalnym efektem kompleksu niższości? Oczywiście agresja. W takim klimacie, misje Kościoła, to bardzo trudne przedsięwzięcie. Trzeba dużej pokory i prostoty, aby nieść Dobrą Nowinę o zbawieniu, nie kolonizując, nie niszcząc, nie pogardzając tymi, których się ewangelizuje.

W pewnym sensie można powiedzieć, że biali narzucili im chrześcijaństwo. Nie oceniam tego negatywnie, bo za tym idzie także postęp techniczny, czy chociażby medyczny, szkolnictwo opieka nad dzieckiem itd. Tylko- z drugiej strony- czy to wszystko, z czym my przychodzimy jest im nieodzownie potrzebne? Oni w naturalny sposób zaczynają pożądać tego samego, co my posiadamy. Kiedyś busz był dla nich ostoją, żywił, karmił, chronił, dostarczał wszystkiego, co potrzebne do życia. A teraz busz nie jest w stanie wyprodukować telewizora, roweru, komputera. Mają to, co dostaną, wyłudzą lub ukradną- a jeśli się im nie uda, to są nieszczęśliwi. Uważają, że biały musi im dać, bo ma. Misje więc nie są tak pełne chwały i jeśli mają spełnić swoje zadanie to muszą kłaść nacisk na rozwój innych, niż tylko technologiczne wartości, na rozwijanie wartości moralnych i ludzkich. Misjonarze to nie tylko, a nawet nie przede wszystkim prekursorzy wartości cywilizacyjnych. Ciekawym jest np. to, że w Morogoro gdzie wykładam w seminarium, największą liczbę powołań mają nie bogate zgromadzenia zakonne włoskie, amerykańskie czy polskie, budujące wielkie i luksusowe domy zakonne, ale pewien ubogi franciszkanin ojciec Richardo (też zresztą Włoch), który chodzi boso, w zniszczonym i połatanym habicie, mieszka ze swoimi braćmi w tradycyjnych afrykańskich lepiankach, bez światła i bez bieżącej wody. I to właśnie do niego garnie się największa liczba młodych Afrykańczyków.

Do tej pory, w wielu wypadkach była to raczej próba materialnej dominacji i epatowania wartościami materialnymi. Przykry zarzut moich studentów, że jednymi z agentów kolonializmu byli misjonarze, bo zaraz za nimi przychodzili kolonizatorzy- nie jest pozbawiony podstaw. Tak postrzegają misjonarzy Afrykańczycy, bardzo krytycznie i bardzo ostro. Misjonarze, którzy swoją pracę oparli na materialnych tylko zasobach, bardzo szybko spostrzegli się, że przegrali. Trzeba szukać innych form przekazywania Dobrej Nowiny, nie łączyć tego z materialnymi prezentami. Teraz orientacja jest trochę inna. Zresztą, Europa jako całość jest widziana jako kontynent, który nie chce się dzielić swoimi bogactwami. Europa daje to, co im spadnie ze stołu. W czasie jednej z pielgrzymek do Niemiec, Papież Jan Paweł II powiedział, że kościół niemiecki daje na misje, materialnie najwięcej, ale jednocześnie daje stale za mało, bo daje tylko to, co ludziom zbywa. Czy to nie jest tak, że w czasie niedzieli misyjnej wrzucamy na składkę na misje 10 czy nawet 20 złotych (to, co nam zbywa) i w ten sposób uspokajamy swoje sumienia?

Na pytanie więc: „Jak Afryka widzi Europę?” należałoby odpowiedzieć: bardzo krytycznie. A przecież widoczne jest i to, że Europa traci wiarę, że się poganizuje, że traci ludzkie wartości. Sam słyszałem (wcale niezłośliwie zadane) pytanie: „Czy wy, biali nie powinniście raczej zostać w Europie i nawracać waszych braci? To przecież oni są poganami, żyjącymi bez Boga, a nie my Afrykańczycy?” I coś w tym jest.

Czy jest możliwość, aby Europa poradziła sobie z laicyzacją?
Nie ma recepty uniwersalnej. Każdy Europejczyk powinien dogłębnie i uczciwie przeanalizować pewne podstawowe pojęcia, takie jak: prawda, dobro i zło. Każdy z nas musi mieć klarowne rozróżnienie, co to jest prawda, a co kłamstwo. Lansowano kiedyś przewrotne powiedzenie „prawdomówny inaczej” – tak mówiono o byłym prezydencie Kwaśniewskim. To jest paranoja. Albo ktoś jest prawdomówny, albo jest kłamcą. Albo ktoś jest uczciwy, albo jest złodziejem. Nie ma pojęcia: „prawdomówny inaczej”. Od tego poszły inne pojęcia np. homoseksualista to „kochający inaczej”, a złodziej to „uczciwy inaczej”. I myślę, że każdy z nas jako człowiek ma prawo i obowiązek te pojęcia jednoznacznie przemyśleć i zrozumieć. Dobro jest, albo go nie ma. I jest zło. Największym nieszczęściem i przewrotnością współczesnego człowieka nie jest już nawet to, że popełnia grzechy, ale to, że bezczelnie udowadnia, że ich nie popełnia, że grzechu w ogóle nie ma, że zło nie istnieje. To właśnie czyni człowieka nie tylko wewnętrznie zatwardziałym, ale wprost „impregnowanym’ na łaskę Bożą, nieprzemakalnym na Boże Miłosierdzie. W takim stanie Bóg ze swoją Łaską i Miłosierdziem ma coraz mniejsze szanse na dotarcie do człowieka, na jego uleczenie. To jest właśnie nieszczęście faryzeuszów w Ewangelii, którzy nie widzą własnej grzeszności i dlatego nie mogą być uleczeni. To jest także sytuacja współczesnego człowieka (a powiedzmy nawet wprost Europejczyka), który zatracił poczucie grzechu, który utracił ostrość widzenia i samokrytycyzm w imię pseudo-wolności i fałszywej tolerancji. I tu właśnie pojawia się pycha, która nie tylko chce stanowić o dobru i złu, ale odrzuca nawet samo pojęcie zła i grzechu. Zło popełnione przez jednego człowieka jest karane. To samo zło, popełnione przez innego, będzie gloryfikowane. Kradzież jest zawsze kradzieżą czy ukradnie robotnik, czy minister. A w sytuacji, gdy zaciera się różnica pomiędzy sprawiedliwością i niesprawiedliwością, między dobrem i złem ludzie są zdezorientowani. Nie mają jasnych norm i wtedy jakakolwiek moralność czy etyka jest skazana na banicję.

Kolejnym pojęciem fundamentalnym do przemyślenia jest pojęcie wolności i odpowiedzialności: jestem wolny, więc mogę robić, co chcę. Taka wolność jest wolnością anarchistyczną, destrukcyjną, jest tyranią silniejszego, prawem dżungli, jest bezprawiem. Jestem odpowiedzialny za to, co robię! Dziennikarz nie może pisać bzdur na zasadzie: gdzieś słyszałem, mówiono, że itd. Polityk nie jest poza, czy ponad prawem i absolutnie nie cieszy się wolnością czynienia, co mu się podoba tylko dlatego, że ma immunitet. Nie ma i być nie może immunitetów dla złodziei i aferzystów. Każdy jest odpowiedzialny za to, co czyni, a im większa wolność, im wyższe stanowisko tym większa odpowiedzialność. Nie można bezkarnie szkalować człowieka, nie można stawiać się poza, czy ponad prawem i uczciwością, prawdomównością, rzetelnością… jeśli ktoś namota, to musi za to ponieść odpowiedzialność. Wolność nie jest wartością najwyższą. Najwyższą wartością jest prawda. To właśnie, poznanie prawdy uczyni nas wolnymi (jak mówi Chrystus w Ewangelii – J 8,32). Poza prawdą, czy wbrew prawdzie nie ma wolności. Wolność poza, czy ponad prawdą jest absurdem i tyranią silniejszego i demagoga.

Tolerancja: jeśli katolik upomni się o wartości moralne w życiu społeczny czy zawodowym, to się go oskarża o religijny fanatyzm, o klerykalizm, o brak tolerancji. Natomiast zboczeniec, zbrodniarz, przestępca ma prawo w imię tolerancji głosić anty-wartości i domagać się ich akceptacji. W imię tolerancji mam akceptować wszelkiego rodzaju zboczenia i dewiacje. Ja, jako katolik jestem posądzany o fanatyzm, ale ten, który popełnia zło ma prawo do tolerancji. A skąd to pomieszanie z poplątaniem? A no właśnie z braku jasnych rozstrzygnięć i klarownych definicji dobra i zła, czyli z braku prawdy. Toleruję człowieka, ale nie toleruję zła. Ojciec Krąpiec mówi, że „tolerancja zła jest złą tolerancją”. Związki homoseksualne nie mogą być zrównane w prawach z rodziną, bo to jest absurd. Ja nie oceniam ludzi, którzy mają z tym kłopoty, bo nie jestem lekarzem seksuologiem, ale nie mogę zgodzić się z tezą, że związki homoseksualne są naturalne i że powinny w prawie być zrównane z prawami rodziny. Jakaż to naturalność, skoro natura nastawiona jest na prokreację? Nie mogę twierdzić, że pijak, alkoholik jest kimś zdrowym, bo to jest choroba alkoholowa. Dlaczego parlamenty europejskie demokratycznie dekretujące, że związki homoseksualne są naturalne, nie zadekretują, że od dzisiaj np. nie obowiązuje prawo grawitacji i naturalnym jest unoszenie się w powietrzu? Przecież to czysty absurd i paranoja!

Kolejna wartość to rodzina. Rodzina jest komórką, w której kształtują się najwyższe wartości. Jeżeli więc rodzina jest, zdezorientowana, rozbita, atakowana, to gdzie dzieci mają zaczerpnąć prawdziwych wartości moralnych. Widzę, jak wszystkie masmedia głoszą relatywizm moralny, wolność i dowolność wyborów. W takim relatywizowanym świecie wygrywa ten, kto jest silniejszy, lub ten, kto jest większym demagogiem, kto głośniej i bezczelniej krzyczy.

Nie mogę też powiedzieć, że mnie to wszystko ogłupiło, nie mogę zwolnić się czy usprawiedliwić modą, przekonaniami większości, czy brakiem rozeznania. To ty jesteś odpowiedzialny za twoją strefę moralną. Nie oglądaj głupich filmów, nie czytaj kretyńskich gazet, nie daj się manipulować. To dziećmi można manipulować, to dziecko może powiedzieć: „ja nie wiedziałem”. Człowiek dorosły popełnia jeden z najważniejszych grzechów, grzech nie używania rozumu kiedy daje sobą manipulować i jednocześnie zwalnia się z odpowiedzialności za swoje czyny. Daję się ogłupiać, mamić, jest to przyjemne, za mnie myślą inni. Pozbyłem się odpowiedzialności za krytyczne myślenie, dałem się manipulować i za to też jestem odpowiedzialny. To, że zniszczyłem w swoim życiu wszystkie wartości, to jest moja wina, bo pozwoliłem na to. Rodzice, którzy zwalniają się z obowiązku wychowania dzieci, pozwalają na oglądanie godzinami telewizji z absurdalnymi i szkodliwymi programami lub bezsensowne wertowanie treści w Internecie są odpowiedzialni za to, że dziecko staje się nadpobudliwe, za to, że nikt nie umie sobie z takim dzieckiem poradzić. Dziecko wsiąka bardzo szybko i bezbronnie w historie nawet kryminalne. Wtedy odpowiedzialność zrzuca się na Internet, na nauczyciela, na „takie czasy”, tylko nie na rodziców. Rodzice pozwolili, by dziecko było manipulowane, żeby mu robiono wodę z mózgu. I to rodzice wyrządzili mu największą krzywdę.

Skąd biorą się tacy rodzice? Do każdego zawodu trzeba się przygotowywać latami. Lekarz studiuje 6-7 lat, inżynier zanim zacznie budować domy uczy się 5 – 6 lat, nawet na piekarza czy szewca trzeba kilka lat terminować Nie ma natomiast szkół dla rodziców. Tu jest pytanie, kto ma przygotowywać rodziców do wypełniania ich zadań. Jeśli już na poziomie rodziny nie ma wzorców we własnych rodzicach, to jakimi rodzicami będą kiedyś tak wychowywane, czy raczej deformowane dzieci? Przypomina mi się powiedzenie kard. Stefana Wyszyńskiego: „najważniejszą pracą dla księży, najważniejszym zadaniem Kościoła jest praca w rodzinach”. Rodzina jest tym miejscem, gdzie przekazuje się najwyższe wartości, nie w formie katechizacji, lecz w formie wychowania przez przykład. Dlatego myślę, że pierwszym elementem kuracji jest położenie nacisku na kształtowanie rodziny. Zauważyłem wiele razy, że tam gdzie nie ma komputera, nawet telewizora, dzieci są zdrowsze, spokojniejsze mniej znerwicowane. Przy komputerze, kretyńskiej i pełnej przemocy telewizji dzieci są rozdygotane, stale szukają ekscytacji. Nie jestem przeciwnikiem telewizora i komputera, bo też ich czasem używam, ale dziecko nie ma samokontroli, jest chłonne. Żyjemy w nienormalnym świecie, gdzie technologia nas nie tylko przerasta, ale i dominuje. Spotkałem takie absurdalne sytuacje, że matka woła dziecko z pokoju do kuchni na obiad za pomocą sms’a. To jest paranoja. Sytuacja, w której rodzina nie idzie w niedzielę na Mszę Św., bo ojciec siedzi przed komputerem razem z synem, nie idzie się na spacer, na wycieczkę, nie ma czasu dla siebie wzajemnie, bo każdy siedzi przed swoim ekranikiem jest coraz częstsza. To nawet z punktu widzenia biologicznego ma opłakane skutki. Musimy świadomie używać wszystkiego, ale używać tak, aby nam to nie zaszkodziło. Czekolada jest bardzo dobra. Ale jeżeli będę ją jadł bez umiaru, to ostatecznie zachoruję. Tak samo jest ze wszystkimi innymi używkami, które mogą obrócić się przeciwko człowiekowi.

Dlaczego papieże (Jan Paweł II, Benedykt XVI) odwołują się do chrześcijańskich korzeni Europy?
Jeden z nich powiedział, że Europa będzie chrześcijańska, albo jej nie będzie. Mieliśmy taką sytuację, że kiedy Tatarzy najeżdżali Europę, Jan III Sobieski odniósł w zwycięstwo pod Wiedniem, ratując Europę przed islamizacją. Teraz mamy sytuację podobną, biorąc pod uwagę np. sytuację we Francji, w Niemczech, czy w Anglii. Europie grozi coraz bardziej realna islamizacja. Jeśli więc będzie Europa, to z chrześcijańską kulturą, albo jej w ogóle nie będzie. Wyobraźmy sobie taki scenariusz: eliminujemy z Europy wszystko, co chrześcijańskie, na poziomie architektury i sztuki nikną wszystkie barokowe i gotyckie kościoły, katedry, kaplice, klasztory, ale także ogromna ilość rzeźb i obrazów inspirowanych chrześcijaństwem. Ile skarbów zniknie w muzyce, literaturze i rzeźbie. Ile zniknie w naszym życiu codziennym zwyczajów, obrzędów, tradycji, nawet pojęć w powszechnym języku. Zniknie praktycznie nasza kultura. Znikną uniwersytety, bo to kościół je przecież zakładał i rozwijał, znikną szkoły i szpitale. Znikną powiedzenia, przysłowia związane z życiem codziennym, mądrość ludowa. To jest chrześcijaństwo. Jeśli to zlikwidujemy, jeśli zapomnimy o chrześcijańskich korzeniach Europy, to zlikwidujemy praktycznie Europę. Papieże: Jan Paweł II i Benedykt XVI mają tego świadomość i to podkreślają. Ratunkiem dla Europy nie jest religijny fanatyzm, lecz wartości kulturowe i wartości życia codziennego, które chrześcijaństwo wniosło do Europy, wartości, dla których chrześcijaństwo jest ostoją i źródłem. Ostatecznie można by powiedzieć, że Europa jest taka, jaka jest, bo przez wieki była chrześcijańska. Niestety, jak pokazuje to Jan Paweł II – początkiem poganizacji i utraty tych wartości był relatywizm i subiektywizm kartezjańskiej filozofii i bezbożna Rewolucja Francuska, a później kolejne bezbożne systemy i rewolucje: hiszpańska, radziecka, a w końcu faszyzm i komunizm. Wszystkie te systemy, które próbowały budować społeczeństwo i władzę bez Boga kończyły ostatecznie na hekatombach mordów i eksterminacji milionów. To jest Europa bez Boga, bez chrześcijaństwa, bez wiary.

Zapominając o tych wartościach wracamy do dżungli, w której rządzi prawo silniejszego. Europa znika. Ja myślę, że to są rzeczy, które się widzi, jeśli się trochę oderwie od rzeczywistości, popatrzy z perspektywy, nawet z odległości, np. z Afryki. Tu przytaczam i polecam lekturę dwóch książek papieża Jana Pawła II: „Przekroczyć próg nadziei” sprzed kilkunastu lat i ostatnią jego książkę „Pamięć i tożsamość”. W nich papież wznosi się ponad sprawy dnia codziennego i w takiej ogólnej, szerokiej perspektywie widzi zagrożenie dechrystianizacji Europy, która może się zakończyć samozniszczeniem Europy jako takiej.

Co zastąpi chrześcijaństwo? Czy będzie to islam?
Może. To nie jest zagrożenie militarne. Islam jest religią, która może zastąpić chrześcijaństwo nawet nie używając przemocy i terroru. Islam pojawił się dziewięć wieków po chrześcijaństwie. W jaki sposób może się to dokonać- czy w zbrojnej walce, czy w powolnej eliminacji wartości chrześcijańskich, to trudno prorokować. Ale może tak być, jeśli chrześcijaństwo nie uświadomi sobie samo, swoich wartości. Nie należy tego widzieć na zasadzie spiskowej teorii dziejów. Nie trzeba wprowadzać jakichś między-religijnych wojen z islamem, ale myślę, że albo my odnowimy swoje życie duchowe i wtedy islam nie zagrozi nam, nawet w tym pokojowym sensie, albo zostaniemy -tak czy inaczej- wchłonięci przez radykalny islam. Siłą islamu jest świadomość, że człowiek nie może być areligijny czy antyreligijny. Jest to przekonanie, że życie społeczne, rodzinne, osobiste musi się kierować wartościami moralnymi zakotwiczonymi w Bogu, bo inaczej się po prostu „rozłazi”, rozmywa, wyradza w terror indywidualizmu, a ostatecznie terror tych, którzy głośniej krzyczą i mają większe środki propagandowe. Chociaż może to być również dokonane przez inne żarłoczne i nachalne religie lub sekty dalekowschodnie.

Polska przedmurzem chrześcijaństwa. Jaka jest misja Polski w obecnych czasach?
To jest ciekawe. Od XVIII wieku Polska ma jakąś taką mesjańską świadomość. To jest Towiański, Mickiewicz, Słowacki. Wiersz Słowackiego o papieżu słowiańskim – to nas podbudowuje. Myślę, że niektórzy niesłusznie złoszczą się na to, że Polska ma takie mesjańskie zapędy. Ale z drugiej strony nie musi to być coś złego i można w tym widzieć pewien pozytyw, jeśli to tego mądrze podejdziemy, jeśli nie będziemy się pysznić i wywyższać, jeśli Polska potrafi przekazać pewne wartości, które jeszcze w społeczeństwie trwają.

O tym mówią niektórzy intelektualiści na zachodzie, jak choćby zamordowany w ubiegłym roku brat Roger- przełożony wspólnoty w Taize lub rektor uniwersytetu w Pampelunie, czy np. redaktor naczelny jednego z katolickich pism amerykańskich, którzy mówią wprost, że papież Jan Paweł II, to nie jest jakiś rodzynek, który spadł znikąd. To jest wytwór polskiej kultury, polskiej religijności, polskiego katolicyzmu, w których musi być coś pozytywnego. Brat Roger mówił, że wiosna Europy wyjdzie z Polski. My mamy te wartości, które możemy przekazać w sytuacjach trudnych, skrajnych. Szkoda, że na co dzień trochę się w tym gubimy. Przykładem jest katastrofa w Chorzowie, gdy Polacy spontanicznie zorganizowali pomoc. Szkoda jednak, że tylko w takich nadzwyczajnych sytuacjach. Zazwyczaj jakbyśmy zapominali o naszych zaletach. Musimy być świadomi, że mamy coś do dania, do obdzielenia innych i teraz pytanie: czym? Niektórzy twierdzą, że nasz katolicyzm jest powierzchowny. Kiedy przyjeżdżam do Polski widzę jak ludzie przychodzą do spowiedzi. Kiedy jestem w kościele w Anglii, Belgii, czy Niemczech czasem nie ma tam nawet konfesjonału. Ludzie się nie spowiadają. W Polsce przychodzę w niedzielę do kościoła- jest kilka mszy- za każdym razem pełny kościół. W Belgii na jedynej mszy niedzielnej zaledwie kilkoro ludzi. Czy rzeczywiście nasz katolicyzm jest powierzchowny? Nie powiedziałbym, że katolicyzm belgijski jest głębszy tylko dlatego, że oni do kościoła nie chodzą. Dlatego myślę, że należałoby w Polsce rozwinąć tę świadomość, że drzemią w nas pewne pokłady dobra, uczciwości, wiary, mądrości, w które musimy inwestować i je rozwijać. Nie możemy się dać zalać bylejakości, która spływa do nas z zachodu.

Pytanie jakie się jednak rodzi to: „czy my się poddamy tym falom konsumpcjonizmu, czy potrafimy się temu zalewowi przeciwstawić wartościami wyższymi”? Gdy popatrzę w supermarketach na towary, tak byle jakie, że na pewno nie kupiłbym ani jednej rzeczy, myślę czym zachód próbuje nas zalać, właśnie taką bylejakością. Patrzę na jedzenie- tego przecież nie da się jeść! To tylko ładnie wygląda, bo ładnie opakowane, a w środku- zgroza!!! Jest to symbol całego tego śmiecia, jakie do nas z zachodu dociera. Nie możemy zachowywać się służalczo, gdy nam się podsuwa byle co. Z drugiej strony mamy pewne wartości niematerialne. Potrzebny jest jednak daleko idący krytycyzm indywidualny. Czy rzeczywiście warto się rzucać na to „byle co” i to zarówno na płaszczyźnie dóbr materialnych jak i na poziomie dóbr kultury, czy raczej powiedzmy wprost pseudo-kultury, która nas próbuje zalać? Nie pozwólmy się zalać bylejakością czy to mediów, czy w supermarketach, czy bylejakością pseudo-wartości. Polacy, a zwłaszcza górale są przekorni i to jest bardzo dobra cecha, szczególnie jeśli jest to przekora wobec zła, które próbuje nas „miękko i bezboleśnie opanować”.

Jak każdy z nas może przenieść wiarę w następne pokolenie?
Trzeba najpierw tę wiarę znać. Moja wiara to nie jest to, co się skończyło na poziomie szkoły, bierzmowania. Muszę wiarę pogłębiać również w wieku dojrzałym. To nie może być tak, że na szkole podstawowej kończy się moja religijna edukacja. Ja jako lekarz, nauczyciel, prawnik ciągle szukam nowych periodyków, żeby być na bieżąco, a jako katolik? Nie robię nic. Wiadomym jest, że taka wiara, nierozwijana jest infantylna i nie wystarczy człowiekowi, który ma lat 40. Człowiek ten rozwijał się jako specjalista w swojej dziedzinie, ale zaniedbał rozwój wiary- nie czytał książek, prasy, w kościele na mszy drzemał, bo ksiądz „przynudzał”. Jeśli się nastawię radykalnie, że ksiądz „przynudza”, to rzeczywiście będę drzemał. Pozwalamy się zalewać informacjom, które zamulają, i dlatego nie mamy siły na przyjęcie informacji, które są wartościowe, sprzyjają rozwojowi intelektualnemu, a walka jest radykalna. Dlaczego ciągle się krytykuje i spycha „Radio Maryja” i „TV Trwam”. Tylko po to, by odciągnąć słuchaczy od pozycji wartościowych medialnymi pseudo-wartościami. Ja nie sądzę, że trzeba słuchać wszystkiego. Nie chcę się wdawać w dywagacje na ten temat, ale jeśli 97% polskich mediów jest finansowane przez masońskie liberalistyczne struktury antyreligijne, to nie ma się czemu dziwić, że te 97% działa w określonym kierunku, że przy każdej okazji wylewa pomyje na „Radio Maryja” i „Telewizję Trwam”, że opluwa niezależne media, że ośmiesza Kościół. Media, te silne i doskonale dofinansowane nas zamulają (to dzienniki telewizyjne od 1 Programu po TVN24, to Internet, Onet, WP, Interia, Fakty i inne tego rodzaju „świerszczyki”). Ich głównym celem nie jest prawda, czy rzetelna informacja, ale sensacja, skandal, emocje, dreszczyk i „adrenalina”. Jeśli dam się temu zalać, omamić, to nie mam już ani siły, ani ochoty na rzetelne i krytyczne pogłębianie mojej wiary. A jeśli ja swojej wiary nie rozwijam, to moja wiara umiera. Jeśli jeszcze zrezygnuję z niedzielnej Mszy Św., ze Spowiedzi i rekolekcji, to moja wiara po kilku, czy kilkunastu latach będzie martwym kikutem. Kogo wtedy będę obwiniał? Księdza- bo nudny, księdza Rydzyka- bo politykuje. Na wszystkich będę wieszał psy, tylko siebie usprawiedliwię. Przecież to ja zawiniłem, to ja pozwoliłem, by moja wiara umarła.

Co ja rozumiałem w klasie drugiej podstawówki, jako dziewięciolatek z przykazania „nie zabijaj” lub z szóstego „nie cudzołóż”, co ja rozumiałem z przykazania „nie pożądaj żony bliźniego swego” lub „czcij ojca i matkę swoją”? Mając lat dziewięć zgrzeszyłem, nie słuchając rodziców. Ale mając lat 45 grzeszę, bo nie pomagam im w starości, bo oddałem ich do domu spokojnej starości, choć mam warunki, by ich pielęgnować w domu. Czy rozumienie przykazań na poziomie dziewięciolatka wystarcza człowiekowi 40-to letniemu do dobrego życia? Chyba nie? To przecież jest nieporozumienie. Zaniedbujemy pogłębianie naszej wiary i mamy pretensje, że nasza wiara umiera. Co możemy przekazać młodym, jeśli sami nie posiadamy pewnego i jasnego rozeznania w wierze? Na szczęście młodzież pyta i to jest pozytywne. Nie odpowiadajmy: nie mam czasu, zapytaj nauczyciela, powiem ci innym razem. Pewnych odpowiedzi nie może udzielić ani ksiądz, ani nauczyciel. Te odpowiedzi muszą być udzielone przez rodziców. A bywa przecież i tak, że czasami to właśnie rodzice zniechęcają dzieci i młodzież do wiary i kościoła, propagując niepełne i plotkarskie wiadomości na ten temat. A kto „gorszy maluczkich” …. biada mu!!

Czy nie można np. zaproponować, aby rodzice dzieci pierwszokomunijnych mieli obowiązek uczestniczyć w nauce religii przez jeden rok, dwa razy w miesiącu równolegle z przygotowaniem ich dzieci do I Komunii Św.? Są to ludzie w wieku 27- 30 lat- jest okazja do pogłębienia wiary. Ale już widzę protesty tych młodych ludzi, a szczególnie ojców, którzy nie mają czasu na taką katechezę, ale jednocześnie godzinami oglądają np. mecze lub wędrują po internetowych stronach „dla dużych chłopców”.

A więc na pytanie: „Jak każdy z nas może przenieść wiarę w następne pokolenie?” Można najkrócej odpowiedzieć: „trzeba ją najpierw zgłębiać.”

I tego wszystkim uczciwie życzę i mówię: Asante sana. – co w języku Swahili znaczy „dziękuję bardzo”, za zaproszenie do podzielenia się refleksjami i za cierpliwość. Kwa jina la Baba, na la Mwana, na la Roho Mtakatifu. Amina. (W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego).

Zapraszam na stronę internetową „Wierzyć dzisiaj” – www.kazania.org

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s