ofiarowany szatanowi …

Jestem synem dyplomaty, który zaczął karierę w latach 60., dlatego nie przyjąłem chrztu, kiedy byłem mały. Później dowiedziałem się, że po urodzeniu zostałem rytualnie ofiarowany szatanowi, bez wiedzy moich rodziców … przez 24 lata żyłem w grzechu …

Od czwartego roku życia słyszałem wewnętrzne głosy. Byłem w stanie nawiedzenia – mówi Sergiusz Orzeszko.

Po trzech miesiącach przygotowania otrzymałem chrzest. Choć byłem przypadkiem nadającym się do egzorcyzmów, nie byłem odrębnie egzorcyzmowany. To się odbyło przy chrzcie. Złe duchy wyszły wtedy ze mnie jak cienie – bez bólu.

Pan Bóg pocieszał mnie wewnętrznie. Ale to nie był taki głos jak te, które słyszałem od dzieciństwa. Różnica jest ogromna. To różnica między obcowaniem z kimś, kto cię absolutnie nienawidzi a obcowaniem z kimś, kto jest czystą dobrocią. W pierwszym przypadku, choćby ten głos był nie wiem jak słodki, to ze strachu ciarki chodzą po plecach.

Więcej: Gość Niedzielny

wolność stworzenia …


Bóg dając swoim rozumnym stworzeniom wolność ograniczył samego siebie. Zadecydował i zaakceptował fakt, że obdarzone wolnością stworzenia mogą rzeczywiście i faktycznie wybrać zło, czyli zniszczyć stworzone przez Boga dobro.

I to jest właśnie „misterium iniquitatis” – tajemnica nieprawości, która jest możliwa tylko wtedy gdy rozumne stworzenie jest obdarzone rzeczywistą, a nie pozorną tylko wolnością.

Bóg może wszystko, co nie jest sprzeczne z Nim samym, a więc nie może np.

– wybrać zła, bo byłoby to zaprzeczeniem Jego samego, gdyż jest On Summum Bonum,

– wycofać, ani ograniczyć danej stworzeniom rozumnym wolności, bo znowu zaprzeczyłby sobie samemu,

– zniwelować wolności i pod koniec życia człowieka na siłę wprowadzić go do nieba, skoro człowiek przez całe życie przeciwko Bogu się opowiadał.

Bóg bowiem nie jest logicznie sprzeczny i nie może zaprzeczyć sobie samemu. Nie może stworzyć zła, ale może przyzwolić na zło, kiedy jest ono wynikiem wolnego wyboru człowieka. Ale wtedy zło to jest zniszczeniem dobra przez Boga stworzonego i Bóg nie może być zań oskarżany. Zło jest zawsze efektem nadużytej wolności i nie możemy o jego istnienie obwiniać Boga.

trudne warunki, nierealne wymagania …

„Potem mówił do wszystkich: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa.

Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?” (Łk 9:23-25; Mk 8:34-37; Mt 16:24-25)

Bardzo jasne ale i bardzo trudne wymaganie, bardzo trudny warunek bycia uczniem Chrystusa … zaprzeć się samego siebie, zanegować samego siebie, wyrzec się siebie, zapomnieć o sobie …

Jak, jeśli stale jestem zawiedziony, rozczarowany, niezadowolony, bo coś nie idzie po mojej myśli, bo ktoś mnie skrytykował, bo wymagania moralne Kościoła są zbytnio wygórowane, bo Kościół nie rozumie mojej sytuacji życiowej, bo ksiądz w konfesjonale był zbyt wymagający, bo przykazani są wygórowane? Jak zaprzeć się samemu sobie, jak zapomnieć o sobie, jak stracić swoje życie kiedy najważniejszym słowem w moim słowniku jest małe słówko „JA”. JA sądzę, JA uważam, JA chcę, JA nie chcę, JA się zgadzam, JA się nie zgadzam, stale i ustawicznie powtarzane, na różne sposoby odmieniane „JA”, „MNIE”, „MOJE” … Jakże mogę się zaprzeć, jakże mogę zapomnieć o sobie, jeśli cały mój światek jest egocentryczny, egoistyczny, zbudowany i obwarowany wokół „JA”?

Jakże mogę wziąć mój codzienny krzyż na ramiona jeśli moim największym marzeniem, pragnieniem, snem śnionym nieprzytomnie jest maksimum przyjemności przy minimum odpowiedzialności? Jakże mogę wziąć mój krzyż jeśli stale poszukuję tylko samospełnienia, przyjemności, zadowolenia? Jakże mogę iść za Chrystusem jeśli od dzieciństwa uczono mnie że ja jestem najważniejszy i spełniano wszystkie moje zachcianki i fanaberie. Jakże mogę się zaprzeć samemu sobie skoro od najmłodszych lat byłem przyzwyczajony do bycia pępkiem świata?

W ostatnich latach, aby mnie nie dołować i nie doprowadzać do frustracji wprowadzono ideę powszechnej tolerancji, jako wartości naczelnej ludzkiego życia. Robię wszystko żeby nic mnie nie uwierało, nic mi nie przeszkadzało, czy to fizycznie czy psychicznie, wszystko ma być wygodne, skrojone na miarę, dopasowane. Dobre samopoczucie stało się jedną z naczelnych wartości całego systemu kształcenia, stylem życia, wartością samą w sobie. Jakakolwiek krytyka jest niedopuszczalna, zabroniona, w złym tonie, jest obrzydliwa i nieznośna, bo mnie dołuje, doprowadza do frustracji, zniechęcenia, depresji. Wszystko należy więc tolerować, akceptować, w imię wolności, dobrego smaku, równości i równouprawnienia.

Jak w tym wszystkim, w całej tej perwersyjnie permisywistycznej mamałydze samouwielbienia i samospełnienia iść za Chrystusem? Jak się zaprzeć samemu sobie? Jak zgodzić się na krzyż ?

PRZECIEŻ TO NIEMOŻLIWE !!!!

Jakie jest więc wyjście z sytuacji? Nie mogę odrzucić siebie i swoich przyzwyczajeń, swojego egoistycznego życia, egocentrycznego światka, więc ???? odrzucam Chrystusa, bo niemodny, bo nieludzki, o nie rozumie, bo zbyt wymagający, bo nieżyciowy, bo … itd., itp.

I w takiej perspektywie oczywiście nie rozumiem absolutnie słów: „Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci ?”.

rachunki …


– ile mogę stracić wierząc w Boga jeśli Go nie ma?
70 …. 80 lat życia na ziemi, przeżyte w złudzeniu, które nie ma podstaw?

– ile mogę zyskać nie wierząc w Boga, Którego rzeczywiście nie ma?
70 może 80 lat w pozornej beztrosce, ale czy rzeczywiście w beztrosce???

– ile mogę zyskać wierząc w Boga, Który jednak rzeczywiście istnieje?
WIECZNOŚĆ !!!

– ile mogę stracić nie wierząc w Boga, Który jednak istnieje?
WIECZNOŚĆ !!!!

rachunek dosyć prosty …

Jeśli bowiem wierzę w Boga, niebo i piekło, a rzeczywistości te nie istnieją to żyjąc uczciwie i zachowując przykazania „tracę” moje 70-80 lat ziemskiego życia i przechodzę w nicość wraz z tymi, którzy nie wierzyli i „użyli sobie życia”.

Jeśli jednak nie wierzę w Boga, niebo i piekło, a one jednak istnieją, to żyjąc egoistycznie i permisywistycznie, po 70-80 latach takiego niby beztroskiego życia tracę wieczność lub raczej skazuję się na wieczność bez Boga, w stanie całkowitej beznadziei i bezsensu. Inczej stan ten jest nazywany PIEKŁEM.

Oczywiście takie kalkulacje są fałszywe w tym sensie, że nie mogę wierzyć w Boga jedynie połowicznie, tzn. tylko i wyłącznie żeby sobie zagwarantować wieczność w razie gdyby On rzeczywiście był. Wtedy bowiem wytwarza się mentalność gracza, który chce wygrać jak najwięcej, inwestując jak najmniej. I wtedy dopiero życie moje staje się absurdem. Nie jestem wolny i nie żyję życiem dziecka bożego, ale hazardzisty, który próbuje uszczknąć z życia doczesnego jak najwięcej gdyby się jednak okazało, że Boga nie ma, ale jednocześnie nie stracić wieczności, gdyby się okazało, że On jednak jest.

Jeśli jednak wierzę uczciwie i żyje uczciwie, to tak naprawdę nie tracę nic, a zyskuję wieczność.
Jeśli jednak nie wierzę to tracę
wszystko.

moja wolność, a wolność Boga …


Bóg chce wszystkich doprowadzić do zbawienia. Dając mi wolność woli ograniczył jednak samego siebie. Ja zaś nadużywając danej mi wolności pozostawiam Bogu coraz mniejsze pole działania, zacieśniam Jego pole manewru, ograniczam coraz bardziej Jego zbawcze możliwości.

A w końcu nawet Bóg nie będzie mnie mógł zbawić, bo ja sam się potępię.