cierpliwość Boga

image-19-11-15-07-34

Homilia na trzeci piątek Miesiąca (kliknij na link poniżej)

Cierpliwe Miłosierdzie

Reklamy

Wariacje na temat arogancji i apatii współczesnej cywilizacji …

ten temat „chodzi za mną” ostatnio

Dwie są najbardziej widoczne, a zarazem przerażające choroby współczesnego, post-industrialnego, czy post-modernistycznego społeczeństwa:

Arogancja i apatia dobrze nakarmionego i zarozumiałego społeczeństwa szukającego jedynie rozrywki. A jeśli coś nie daje rozrywki to nie warto się tym ani zajmować ani przejmować …
To jakaś paranoja i otępienie. Ludzie są jakby otumanieni w swej bucie, arogancji, zarozumiałości, zaślepieni w egoizmie i uporze trwania w swoich błędach … skąd się to bierze, co jest źródłem ??? Z jednej strony, mają głębokie poczucie pustki i bezsensu, ale -z drugiej strony- odrzucają to, co mogłoby ich uratować, natomiast jak w malignie idą za złem. Wszystko się ludziom pomieszało.
Albo „ktoś” im pomieszał …

Ale chyba najbardziej wstrząsającym i porażającym przykładem jest ludzka AROGANCJA WOBEC BOGA. To my próbujemy Go pouczać co jest dla nas dobre a co złe, co jest cnotą a co wadą … To jest dokładnie „powtórka z grzechu pierworodnego”. To jest GRZECH PIERWSZYCH RODZICÓW, którzy wypowiedzieli Bogu posłuszeństwo, bo w swej -pełnej pychy- bucie i arogancji WIEDZIELI LEPIEJ!

Te dwie choroby powodują, że praktycznie nikt nie może, nie jest w stanie pomóc współczesnemu człowiekowi.

Człowiek arogancki nie przyjmie żadnej pomocy, on zawsze wie lepiej. W swej aroganckiej bucie jest tak dogłębnie przekonany, że racja jest zawsze po jego stronie, że żadne słowa, żadne argumenty do niego nie docierają.

Człowiekowi apatycznemu natomiast, nastawionemu tylko na tandetną i perwersyjną rozrywkę nic się nie chce. Po co zmieniać cokolwiek, skoro tak jak jest, jest dobrze?

Człowiek arogancki nie myśli samokrytycznie, jest do tego niezdolny.

Człowiekowi apatycznemu myśleć się nie chce, bo to za duży wysiłek.

To jest sytuacja wprost beznadziejna … i wydaje się bez wyjścia…
Diabłu udało się zwieść człowieka doskonale, nie mógł wymyślić niczego ani lepszego ani bardziej przebiegłego!!!!

Czy jesteśmy skazani na „powtórkę z grzechu pierworodnego”, z wygnaniem z raju, potopem i spaleniem Sodomy?

głoszenie Chrystusa …

Podstawowym i nieodzownym warunkiem skutecznego głoszenia Chrystusa jest słuchanie tego, co On ma do powiedzenia i posłuszeństwo Ewangelii przekazywanej przez Kościół. Chrystus dał Dobrą Nowinę nie pojedynczym kapłanom czy wiernym, ale Kościołowi. Kapłan, który kontestuje i neguje nauczanie Kościoła nie może oczekiwać, że jego głoszenie Słowa Bożego będzie skuteczne, a wprost przeciwnie taka postawa niszczy Kościół założony przez Chrystusa na fundamencie (skale) Piotra i jego wiary. Niestety wielu księży uważa, że Chrystus „pokpił sprawę przy zakładaniu Kościoła” i oni muszą to poprawić i założyć Kościół na nowo, ale przedtem trzeba go zdemontować. A są i tacy, którzy uparli się, że przepiszą Słowo Boże na nowo i poprawią Dobra Nowinę, bo jest albo niekompletna, albo przynajmniej w niektórych miejscach błędna. Naprawdę  nie jest łatwo być świadkiem Jezusa. Jedynym rozwiązaniem jest absolutna wierność Słowu Wcielonemu, a nie chęć przypodobania się wiernym.

sukces diabła

Jednym z najbardziej przewrotnych argumentów w czynieniu zła, czy w usprawiedliwianiu swojego grzechu jest argument większościowy: „większość tak robi”.

Diabeł odnosi największy sukces, właśnie wtedy kiedy wmówi ci, że grzech nie istnieje i wszystko co robisz jest dobre, bo np. wszyscy tak robią. I to jest właśnie to, co obserwujemy dzisiaj. Ludziom młodym wmówił, że wszystko co robią jest OK, że przedmałżeńskie współżycie jest nie tylko uzasadnione, ale wprost konieczne, bo przecież nie ożenię się, czy nie wyjdę za mąż w ciemno… „Wszyscy tak robią”.

Nie słuchaj Pana Boga, nie przejmuj się Jego przykazaniami, bo są restryktywne i ograniczające, nie słuchaj księży bo oni sami to grzesznicy, rób co sam uważasz za słuszne … Ty sam jesteś ostateczną miarą moralności – dokładnie to co miało miejsce u początków ludzkości, w grzechu pierworodnym – PYCHA!!!!!

A przecież:
„Prawda jest prawdą, nawet gdy nikt w nią nie wierzy. Kłamstwo jest kłamstwem nawet gdy wszyscy w nie wierzą.” ( Abp. Fulton J. Sheen)

Do takich właśnie „większościowo” uznawanych kłamstw należy przekonanie: „ja jestem ostateczną miarą moralności i to ja decyduję o tym, co jest dobre, a co złe w moim życiu”.

 AROGANCJA – CZYLI CHOROBA WŁADZY 

Napisane ponad 15 lat temu w lipcu 1999.

Jest we władzy jakaś choroba. Sprawujący władzę zapadają na nią niejako automatycznie. „Woda sodowa uderzyła mu do głowy” – mówiono kiedyś i była w tym chyba racja. Jest we władzy jakaś choroba, która uaktywnia się i atakuje z przerażającą skutecznością, wydaje się, że nawet najlepszych i najuczciwszych. A chorobą tą jest arogancja (rząd się sam wyżywi) i hipokryzja (immunitety dla pospolitych przestępstw i kradzieży) elit władzy. Władza interesuje się tylko sobą i tym jak nie stracić stołków, jak nie odpaść od biurek do których się dorwała. Władza każdego szczebla i w każdej rzeczywistości próbuje tak się ustawić, żeby być nietykalną, a jednocześnie niekontrolowaną lub nawet niekontrolowalną. I dlatego jej arogancja i hipokryzja w stosunku do innych przybiera karykaturalne rozmiary. Tak było chyba od początku, od zarania struktur władzy. Tak było również w czasach nam nieodległych, w epoce realnego socjalizmu. Ale tak jest również i teraz, w okresie tzw. demokracji, kiedy do głosu dojść powinny zdrowe postawy i uczciwi ludzie. I dziw, bo mimo zmiany systemu politycznego, mimo wolności i – jak wyżej napisałem – rzekomej demokracji, nic w tym względzie się nie zmieniło. Wprost przeciwnie, wydaje się, że stan ulega pogorszeniu. Coraz to nowe elity władzy wykazują niesłychaną inwencję w wymyślaniu coraz to nowych i bardziej jeszcze aroganckich sposobów zachowania i traktowania „pospólstwa”. Opinia publiczna informowana jest o niektórych tylko, najbardziej jaskrawych ekscesach „panów władzy”, ale i tak nikogo to nie odstrasza i kolejne „zmiany warty” na kierowniczych, dyrektorskich i ministerialnych stanowiskach „dzielnie walczą o swoje”.

Od kilkunastu lat obserwujemy w polskim życiu społeczno-politycznym i nie tylko, wzrastającą arogancję i hipokryzję elit władzy, ale i całkowitą bezkarność i bezsilność. Jest to proces narastający z roku na rok i przybierający zastraszające rozmiary nie tylko w życiu państwa i jego władz, ale także w życiu mniejszych jednostek administracyjnych, firm, zakładów pracy i innych grup społecznych, a nawet grup wyznaniowych i religijnych. Ośmieliłbym się nawet postawić tezę, że władza coraz bardziej służy samej sobie i o siebie jedynie dba. A jedynym celem jej działania jest utrzymanie się na stanowisku i szybkie, w miarę bezbolesne i bezkarne wzbogacenie się, zapewnienie sobie spokojnej i dostatniej przyszłości. W strukturach władzy brak czasami zwykłej uczciwości i poczucia sprawiedliwości, a cóż dopiero mówić o miłosierdziu czy miłości, o honorze i służebnych ideałach. Boć przecież podstawowym celem władzy jest służba społeczeństwu. I jest truizmem przywoływanie tutaj zdania Chrystusa w tym względzie, który mówi: „kto między wami chce być pierwszym niech będzie ostatnim, a kto by chciał być przełożonym waszym niech będzie waszym sługą…”. I nie chodzi nawet o to, aby przełożony hołdował niebezpiecznym zasadom populizmu i spełniał wszystkie zachcianki i wymagania swoich podwładnych, czy był przez nich ubezwłasnowolniony w decyzjach. Chodzi jednak o to, że jego zachowanie często jest aroganckie i urągające najbardziej podstawowym zasadom moralnym. A jednocześnie niekrytykowalne, bo któryż z podwładnych ośmieliłby się zwrócić uwagę lub poddać w wątpliwość polecenia i zdanie szefa. Ten zaś otacza się tylko i wyłącznie ludźmi, którzy mu schlebiają i w ten sposób traci jakikolwiek kontakt z rzeczywistością, zaczyna żyć na izolowanej wyspie swojej nieomylności i nietykalności. Jego – najbardziej idiotyczne, a nieraz nawet kretyńskie – decyzje uderzają  w innych, w rzeczywiste dobro wspólne, w interesy firmy, czy społeczności i nikt nie jest w stanie go rozliczyć. Do dzisiaj przecież mamy przykłady takich właśnie długofalowych, kretyńskich decyzji, które spowodowały i nadal powodują ogromne straty i z których nikt nie wie jak wyjść. A ówczesny „pan i władca”, który doprowadził do takiego stanu swoją indolencją i arogancją żyje na cieplutkiej emeryturce i jest nietykalny.

Znane nam powiedzenie: „rząd się sam wyżywi”, jest bezgłośnie i zarazem bezczelnie powtarzane przez coraz to nowych przywódców i szefów, niekoniecznie rządowych. Aroganckie nieliczenie się z jakąkolwiek opinią społeczną, a nawet ze zwykłą logiką i poczuciem uczciwości wydaje się przybierać na sile w sposób zastraszający. Nikogo, albo prawie nikogo na szczeblach władzy nie obchodzi zwykły obywatel, przeciętny zjadacz chleba, szeregowy pracownik, ojciec rodziny, który stracił pracę, szary członek społeczności. I czy to będzie w zakładzie pracy, w urzędzie, w biurze, niejednokrotnie w parafii, czy zgromadzeniu zakonnym, takie postawy wydają się być powszechne i są – bo nieraz muszą być (???) – tolerowane w imię świętego spokoju, nie rozdrapywania ran przeszłości, „prania brudów we własnej pralce”, itp., itd.

  • Aroganckie podwyższanie sobie diet poselskich i senatorskich do horrendalnych rozmiarów przez kolejne sejmy i rządy, oraz ciągnące się latami dyskusje nad rewaloryzacją rent i emerytur, czy płac dla sfery budżetowej,
  • Aroganccy prezesi regionalnych kas chorych czy burmistrzowie niewielkich miasteczek przyznający sobie gaże po 25.000 (i więcej) złotych i emeryci żyjący na skraju nędzy za głodowe 500 zł miesięcznie i nie mający za co wykupić lekarstw, bo kasa chorych nie uznaje zniżek,
  • Arogancki prezes Związku Inwalidów Polskich, który kupuje sobie 7 (słownie siedem) luksusowych limuzyn z tapicerką z prawdziwej skóry, kiedy jednocześnie inwalidzi – czekający na wózek inwalidzki latami – otrzymują jedynie 120 zł dopłaty do tego sprzętu,
  • Aroganccy dyrektorzy specjalnych okręgów przemysłowych, za państwowe pieniądze przeznaczone na rozwój okręgu kupujący luksusowe samochody i jeżdżący na wycieczki zagraniczne zamiast inwestować w rozwój regionu i tworzyć miejsca pracy,
  • Arogancki sześćdziesięcioletni dyrektor małej fabryczki, płacący głodowe pensje pracownikom, a jednocześnie budujący luksusowy domek swojej dwudziestoletniej kochance,
  • Arogancki proboszcz traktujący swoich parafian jak pół idiotów, a parafię, jak swoje prywatne ranczo,
  • Aroganckie dyrekcje ZUS-u budujące biurowce-pałace i wypłacające głodowe zasiłki rencistom i emerytom, którzy całe życie uczciwie pracowali i płacili składki ubezpieczeniowe, z których teraz buduje się te pałace, boć przecież nie z kieszeni pracowników ZUS-u,
  • Arogancki przełożony zakonny, defraudujący dobra wspólne zakonu i niefrasobliwie szastający pieniędzmi na lewo i prawo, bo nikt nie ośmieli się mu sprzeciwić, czy zwrócić uwagi. On przecież jest przełożonym i wszystko wie najlepiej,
  • Arogancka urzędniczka w biurze, traktująca po chamsku petenta, bo akurat przeszkodził jej w słodkiej rozmowie telefonicznej. Ona też ma odrobinę władzy, którą musi pokazać bo od niej zależy, czy petent cokolwiek załatwi.

To boli, mówienie prawdy -zresztą- zawsze boli. A ci, którzy się na to odważają są natychmiast traktowani jak wrogowie. Ale te i tym podobne przykłady są tylko najbardziej jaskrawymi przypadkami lub tylko szczytem góry lodowej. I wydaje się, że wszyscy są bezsilni wobec takiej arogancji i braku zwykłej uczciwości czy poczucia odrobiny pokory. I wydaje się, że wszyscy muszą z cierpliwością i wyrozumiałością tolerować wybryki takich szefów i modlić się jedynie, żeby znalazła się jakaś Naczelna Izba Kontroli, która w końcu ukróci arogancką samowolę szefa i poda go do dymisji.

Trudno jest nawet wymienić wszystkie przykłady aroganckiego traktowania ludzi. Jest to bowiem cały kompleks różnego rodzaju zachowań ludzi, którzy uwierzyli, że są nieomylni, że wszystko im wolno, że ich decyzje i postępowanie jest jedynie słuszne i niepodważalne, a nawet jeśli mają wątpliwości, to i tak czują się bezkarni, bo to przecież oni są u władzy i od nich zależy los innych. Co więcej, do tej postawy arogancji dołącza się czasami faryzejskie i pełne hipokryzji tłumaczenia. Najpierw udaje się, że sprawy w ogóle nie ma, nikt nie ośmiela się protestować, ani buntować, bo to przecież równałoby się z założeniem sobie samemu stryczka na szyję. Gdyby pracownik zwrócił uwagę swojemu przełożonemu, to w najlepszym wypadku byłby mocno szykanowany i tak uprzykrzono by mu życie, że sam poprosiłby o zwolnienie. Jeśli jednak już sprawa wyjdzie na jaw, to najpierw aroganckiego delikwenta przenosi się na inne „dyplomatyczne – równorzędne” stanowisko, aby przypadkiem nie stracił na tej zamianie, a jeśli i to nie pomaga i „upierdliwi” nie dają za wygraną, to próbuje się grać na patriotyczno-zdroworozsądkowych uczuciach i tłumaczyć: że nie należy sprawy nagłaśniać, bo to jest plucie we własne gniazdo, że rzecz całą należy wyciszyć, że takie są wymagania współczesnego świata, że nie można przecież inaczej, że trzeba zrozumieć stanowisko i jego wymagania, że ty i tak nie wiesz wszystkiego i on tak musiał zrobić, bo inaczej sprawy przybrałyby jeszcze gorszy obrót… itd., itp.

Arogancja i złączona z nią hipokryzja nie mają granic. Arogancja jest jak zakaźna choroba dotykająca szczególnie struktur władzy, chociaż i ci, którzy jej nie mają nie są na nią uodpornieni. Z jednej strony słyszy się narzekania i utyskiwania na brak autorytetów, na ich upadek, na nieposłuszeństwo, niezdyscyplinowanie i anarchię. Ale z drugiej strony, czyż sama władza przez swoje aroganckie i faryzejskie zachowanie nie zasłużyła sobie na takie właśnie traktowanie i lekceważenie jej? Anarchiści nawołują do „olewania władzy” i chyba mają rację, bo skoro władza nie interesuje się społecznością, to dlaczego niby społeczeństwo miałoby się interesować władzą, skoro ona i tak sama się wyżywi. Słyszy się narzekania i utyskiwania, że ludzie nie biorą udziału w wyborach, sejmowych, prezydenckich, samorządowych… Po co? Skoro każda wybrana władza jest sama dla siebie, samowystarczalna i -jak się wydaje – sama sobie poradzi, to po co w ogóle zajmować się władzą? Ci, którzy nie są przy władzy kiedy tylko osiągną jej namiastkę zaraz zaczynają pokazywać swoją przewagę nad innymi, odgrywać się i arogancko traktować innych – swoich niedawnych wyborców. Raz dorwawszy się do władzy zapadają na tę chorobę szybko i głęboko, wydaje się nawet że nieuleczalnie.

Oczywiście nie należy generalizować i na pewno można znaleźć w strukturach władzy ludzi uczciwych, solidnych, rzetelnych i nie aroganckich. I chwała im za to. Ilu ich jednak jest i czy mają rzeczywiście nasze poparcie? Czy są to raczej „donkichoci” walczący z wiatrakami, opuszczeni i z góry skazani na przegraną? Czy ludzie uczciwi i nieegoistyczni muszą zawsze przegrywać, mimo, że to właśnie oni myślą o rzeczywistym dobru społeczeństwa?

Dlaczego tak jest? Czy musi tak być, że każdy sprawujący władzę, lub mający choćby jedynie jej namiastkę musi być arogancki? Czy ci, którzy tacy nie są muszą być opuszczeni i skazani na przegraną? Wiem, że artykułem tym wkładam kij w mrowisko, ale powiedz mi bracie, siostro czy nigdy nie dokuczyła Ci właśnie arogancja i hipokryzja władzy, czy nigdy się z tym nie spotkałeś(aś). Czy ty sam może – mając jakąś funkcję – nie jesteś arogancki, obłudny i czy nie udowadniasz innym, że to właśnie ty musisz mieć rację? Czy doświadczając arogancji władzy nie stoisz z boku, pokornie i potulnie, „z pokorą” przyjmując lub nawet tylko zgadzając się biernie na ten stan?

Komu więcej dano, od tego więcej wymagać się będzie…

Nie! jemu nie wystarczy, że mu dano więcej, on sam sobie bierze, jeszcze więcej – w arogancki sposób, bo mu stale mało.

A ks. Jerzy Popiełuszko powiedział kiedyś: „… jeśli z wygodnictwa czy lęku poprzemy mechanizm działania zła, nie mamy wtedy prawa tego zła piętnować …”

Ciekawe… czy coś w ciągu tych 15-tu lat się zmieniło?