23 marca – czwartek III tygodnia WP

Zatwardziałość serca

Zatwardziałość serca to taka cecha ludzkiego charakteru, która powoduje, że mimo ewidentnych i racjonalnych dowodów mówimy dobru „nie”. Bywa też nazywana uporem, przewrotnością, czy po prostu pychą. Zatwardziałość serca to w końcu taka cecha, która powoduje, że nawet sam Bóg nie potrafi dotrzeć do człowieka i doprowadzić go do zbawienia. Bardzo często w Piśmie Świętym spotykamy się z pojęciem zatwardziałości ludzkiego serca, która powoduje, że człowiek odwraca się od Boga i nie przyjmuje Jego łaski (por. Ps 95, 8-11; Jr 7, 24; 9, 13; 11, 8; Syr 11, 21; Mt 15, 18-20; 19, 8; Mk 7, 21-23; J 12, 40; Dz 28, 27; Rz 1, 21; 2, 5). Spotykamy ją i dzisiaj, u współczesnego człowieka, który zadufany w swoje wielkie możliwości i osiągnięcia często z wielką pychą odrzuca Boga i Jego miłość, podążając za pragnieniami zatwardziałego serca. Ileż razy dzieje się tak i w naszym życiu, że widzimy dobro, pociąga nas ono i urzeka, a jednak w zatwardziałości serca podążamy za złem.

O tym mówi św. Paweł w Liście do Rzymian: Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. (por. Rz 7, 15-19) Dlaczego tak jest? Co jest powodem tej niezrozumiałej i całkowicie irracjonalnej postawy? Serce ludzkie jest niezgłębione dla samego człowieka i pozostaje tajemnicą szczególnie wtedy, gdy odwraca się od Stwórcy. Jan Paweł II na początku swojego pontyfikatu nawoływał: „Otwórzcie Chrystusowi drzwi waszych serc… Człowiek nie może zrozumieć nawet siebie samego bez Chrystusa”. I tak chyba jest rzeczywiście. Nie potrafimy zrozumieć samego siebie, bo powodują nami często całkowicie irracjonalne i nieprzewidywalne siły, z których jedną jest właśnie zatwardziałość serca, czyli pycha. Jedynym lekarstwem jest łaska i miłość Chrystusa, którą trzeba dzisiaj na nowo odkryć i jej zaufać nawet bardziej niż naszemu – czasami bardzo – dziwnemu sercu.

więcej materiałów TUTAJ

22 marca – środa III tygodnia WP

Prawo Boże

Jest rzeczą zastanawiającą jak bardzo posłuszni, poddani i ulegli jesteśmy wszelkim prawom ludzkim, a jednocześnie jak bardzo kontestujemy Prawo Boże. Przyjrzyjmy się z jaką skrupulatnością przestrzegamy reguł zdrowego żywienia, zasad savoir vivre, przepisów kulinarnych, kanonów mody, reguł i przepisów bankowych, celnych, praw międzynarodowych i ekonomicznego rozwoju, umów społecznych unilateralnych i bilateralnych. Wszyscy dookoła wmawiają nam jak bardzo ważne i nieodzowne są te prawa i przepisy, jak wiele zależy od ich przestrzegania, jak konieczne dla naszego dobra i szczęścia jest ich zachowanie. Każda organizacja i społeczność ludzka spieszy się z wydawaniem praw, przepisów, edyktów, zarządzeń. Nikt nie neguje przepisów drogowych, nie ośmieli się lekceważyć praw podatkowych, nikomu nie przyjdzie do głowy sprzeciwiać się regułom i kanonom podaży i popytu rynkowego. Każdy produkt i urządzenie opatrzone jest instrukcją obsługi, w której zawarte są przepisy i reguły użytkowania pod groźbą utraty gwarancji. Wszystko to posłusznie, potulnie i skrupulatnie respektujemy.

Nie jestem anarchistą i nie nawołuję do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Ale… czasami dziwi mnie, dlaczego ludzie tak bezkrytycznie przyjmują narzucone im przez innych ludzi prawa (bardzo często przecież niesprawiedliwe i zbójeckie), a jednocześnie zaniedbują, lekceważą, negują i sprzeciwiają się Prawu Bożemu. Co więcej, próbujemy się od tego Bożego Prawa uwolnić pod przewrotnymi hasłami wolności, swobody i prawa do samostanowienia. Usprawiedliwiamy się okolicznościami, sytuacją, wyższymi racjami. Wprowadzamy pojęcia tolerancji, relatywizmu i humanizmu. I co? Czyż doprawdy nie widzimy, że jest w tym coś przewrotnego i groźnego? Wprowadzone w wielu krajach prawo do aborcji, eutanazji, równouprawnienie związków homoseksualnych są tego najlepszym przykładem. Czy odrzucając przykazania Boże nie chcemy przypadkiem poprawiać samego Boga, który jest Stwórcą i naprawdę wie, co jest dla człowieka dobre? On także dołączył do swojego „produktu” „podręcznik użytkowania” i zastrzegł, że „użycie niezgodne z instrukcją” doprowadzi do destrukcji… (por. Pwt 6, 3; Joz 1, 7)

Czy nie lepiej byłoby jednak wrócić do przestrzegania Bożego Prawa, a wtedy – być może – wszystkie ludzkie prawa okazałyby się niepotrzebne? Utopia?

więcej materiałów TUTAJ

21 marca – wtorek III tygodnia WP

Ile razy mam przebaczać?

Temat przebaczenia powraca jak refren w okresie Wielkiego Postu. Jest również jednym z głównych tematów Pisma Świętego, począwszy od Księgi Rodzaju (por. Rdz 9, 13-17), aż po Apokalipsę (por. Ap 21, 1-7). Odkąd bowiem grzech wszedł w historię człowieka, całe dzieje ludzkości są jednym wielkim wołaniem o przebaczenie (por. Rz 5, 20). Nie można jednak widzieć tego problemu tylko i wyłącznie w perspektywie negatywnej, jako samoudręczenia i psychicznego masochizmu. Bóg nie oczekuje od nas samoponiżania i nie chce nas poniżać, ani się nad nami psychicznie znęcać. Pragnie, abyśmy poznali prawdę o nas samych i oczekując Bożego miłosierdzia sami byli zdolni do jego okazywania. Bóg szuka człowieka i zawsze jest gotów okazać nam swoje miłosierdzie (por. Ez 18, 23; Łk 15, 11-32), ale oczekuje też nawrócenia i miłosierdzia względem bliźniego (por. Mt 7, 1-5).

Image result for nielitościwy dłużnik

Pytanie Piotra: „Ile razy mam przebaczać?” – wydaje się być co najmniej dziwne, bo jest to ostatecznie pytanie o to, czy są jakieś granice bycia miłosiernym, wyrozumiałym, życzliwym, cierpliwym, czy w ogóle dobrym? Chrystus zaś – odpowiadając – posługuje się przypowieścią i pokazuje, że Bóg wobec nas takich granic nie stosuje, że jest gotowy przebaczyć nieskończenie więcej, niż to potrafimy zrozumieć. Ale jednocześnie oczekuje od nas wysiłku, że będziemy miłosierni i przebaczający. Jakże trudno jest nam czasami to zrozumieć i chcielibyśmy często za Piotrem, z niecierpliwością zapytać: „Panie, ileż razy, jak długo mam przebaczać?” Trzeba częściej zaglądać do Pisma Świętego, a znajdując tam powracający jak refren temat przebaczenia słuchać odpowiedzi Jezusa, który niestrudzenie powtarza: „przebaczaj zawsze” (por. Łk 17, 4), aby i tobie zostało wybaczone (por. Mt 7, 1-2).

więcej materiałów TUTAJ

20.03. św. Józefa – Oblubieńca N.M.P.

Czy św. Józef jest postacią bezbarwną?

Człowiek, mężczyzna cichy i spokojny, nie zabiegający o własną chwałę, sprawiedliwy i roztropny, usuwający się w cień, dbający o rodzinę i dom nie jest dzisiaj w modzie, nie ma siły przebicia, ani nie jest idolem współczesnego świata. Amerykańskie i (nie tylko) filmy wytworzyły mit supermana, przystojniaka, cwaniaka, człowieka sukcesu, mężczyzny roku, eleganckiego i wysportowanego amanta. W tej powodzi współczesnych idoli postać św. Józefa wydaje się być szara, bezbarwna i nijaka, tym bardziej, że Ewangelia tak mało o nim mówi. A przecież to sam Bóg wybrał takiego właśnie „nieciekawego” mężczyznę na Opiekuna Jezusa Chrystusa i Jego Matki Maryi. Czyli coś w tym musi być.

Kiedyś imię to było bardzo popularne. Święty Józef był patronem wielu chłopców i mężczyzn. Dzisiaj mamy raczej inne mody. Na cechy św. Józefa niezwykle trudno się natknąć wśród postaw i charakterów współczesnych mężczyzn. Uczciwość, pracowitość, rzetelność, czystość, szacunek, oddanie rodzinie, prawość, poczucie obowiązku, pokora – te wszystkie cnoty zostały zastąpione w wielu wypadkach cwaniactwem, efekciarstwem, przebiegłością, sprytem, fizyczną siłą… Czy jest jeszcze we współczesnym świecie miejsce dla ludzi, którzy próbują realizować w swoim życiu wzorzec Patrona dnia dzisiejszego?

Mężczyźni wstydzą się być uczciwi i rzetelni, wstydzą się kiedy nie przylegają do kanonów współczesnego, silnego i wysportowanego macho, albo wypielęgnowanego i przystojnego „gogusia”, pachnącego denimem lub innym old spice´m. A przecież wiemy, że dziewczyny podkochują się raczej w idolach, ale na męża i ojca, na opiekuna rodziny i kogoś, kto będzie odpowiadał za dom, wybierają raczej mężczyzn uczciwych i solidnych. Tylko, że tych chyba coraz mniej we współczesnym, przereklamowanym świecie.

A Bóg wybrał takiego właśnie, pozornie bezbarwnego człowieka, aby jego pieczy powierzyć największy skarb: dzieciństwo Syna Bożego i Maryję, Niepokalaną Matkę. W tej postaci naprawdę coś musi być…

więcej materiałów TUTAJ

19 marca – III Niedziela Wielkiego Postu

Woda żywa

Pracując od prawie 15 lat w Afryce, niejednokrotnie miałem okazję doświadczyć czym naprawdę jest dobra woda, jak wiele znaczy dla ludzi, którzy nie mają jej w kranach na bieżąco i pod dostatkiem, którzy po wodę muszą chodzić nieraz kilometrami lub czerpać ją z brudnej, błotnistej kałuży, albo używać (jak na Komorach) słonej wody morskiej do mycia, a nawet do gotowania.

My sami, żyjący w coraz bardziej zanieczyszczonym środowisku, kupujący wodę w butelkach, bardzo często doświadczamy wartości i znaczenia tego symbolu. Woda – symbol życia, to także symbol dobrobytu i błogosławieństwa, czystości i zaspokojenia podstawowych potrzeb człowieka.

Mojżesz, który na pustyni, uderzając laską w skałę, spowodował, że wypłynęła z twardej opoki dobra woda, symbolizująca Chrystusa – Źródło wody żywej, uzmysławia nam, że ostatecznie nie mamy do czynienia tylko i wyłącznie z symbolem. To raczej sam Bóg objawia się swojemu ludowi, jako Źródło Życia.

Nie bez przyczyny Jan Paweł II w swoim Tryptyku Rzymskim napisał:

„Zatoka lasu zstępuje
w rytmie górskich potoków…
Jeśli chcesz znaleźć źródło,
musisz iść do góry, pod prąd.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,
wiesz, że ono musi tu gdzieś być —
Gdzie jesteś, źródło?… Gdzie jesteś, źródło?!

Cisza…

Strumieniu, leśny strumieniu,
odsłoń mi tajemnicę
swego początku!

(Cisza – dlaczego milczysz?

Jakże starannie ukryłeś tajemnicę twego początku).
Pozwól mi wargi umoczyć
w źródlanej wodzie
odczuć świeżość,
ożywczą świeżość”.

Wiemy, że Chrystus jest właśnie owym Źródłem Życia, w którym możemy umoczyć wargi, jak w źródlanej wodzie i odczuć ożywczą świeżość.
Panie daj mi wody żywej!

19 marca – III Niedziela Wielkiego Postu  (Msza do wyboru)

A czego my szukamy? 

Żydzi żądali znaków, Grecy szukali mądrości (por. 1 Kor 1, 22) – a my czego szukamy? Czego oczekujemy od Chrystusa? Nie chcemy Jego przykazań, bo nas zniewalają, nie pozwalają radośnie używać życia. Nie chcemy Jego nauki i moralności, bo jest niewygodna i niemodna, przestarzała i niedzisiejsza. Nie chcemy słuchać i wypełniać Ewangelii, bo straszy nas piekłem. Nie chcemy Ciała i Krwi Zbawiciela, bo nie rozumiemy tego, co nam daje w sakramencie Eucharystii. Nie chcemy nawet Jego miłości, bo nie wiemy co z nią zrobić. Ostatecznie zgodzilibyśmy się na cuda, szczególnie na cudowne pomnożenie zasobów naszych kont bankowych i na interwencje w razie choroby. Ale wszystko inne, raczej odrzucilibyśmy, szczególnie zależałoby nam na pozbyciu się Jego Krzyża, a co za tym idzie – Męki i Chrystusowej Śmierci. Boimy się otworzyć drzwi Chrystusowi, bo mógłby rzeczywiście wejść i zamieszkać w naszym życiu, a to mogłoby okazać się niewygodne i kłopotliwe. Czego więc szukamy? Czego chcemy? Już nawet znaków nie żądamy, bo nie są nam do niczego potrzebne. Najbardziej jednak przerażające jest to, że sami nie wiemy czego chcemy i czego szukamy. Jesteśmy jak wiecznie niezadowolone i rozkapryszone dzieci (por. Łk 7, 32), jak ludzie wędrujący po pustyni bez kompasu i mapy. Jak zagubieni w lesie lub w górach turyści, którzy sami nie wiedzą dokąd idą. Odrzucamy i znaki, i mądrość, i mapę, i busolę… I dlatego nie potrafimy nigdzie dojść, dlatego nasze pozorne sukcesy okazują się ostatecznie klęską, nasze zyski… stratą, a nasze życie … mierną wegetacją.

Ale czy tak musi być? Czy nie warto jednak zaufać i znakom i mądrości? Czy nie warto powrócić do porzuconych kiedyś drogowskazów i odnaleźć utraconą drogę? Dopóki żyjesz, nie wszystko jest stracone. Przeorientuj swoje życie tylko odrobinę… poszukaj znaków i daj się prowadzić mądrości, a odnajdziesz właściwą drogę do pełni życia.

więcej materiałów TUTAJ